I’ll be back
Triathlon w Radkowie. Słyszałeś o nim, a może nawet już tu byłeś. Ot, taka mała miejscowość w Górach Stołowych i tylko 1/4 IM do pokonania. Co to dla ciebie. Przyjeżdżasz na miejsce, lokujesz się i ze spokojem jedziesz do biura zawodów. Tam zapiera ci dech w piersiach. Góry, zieleń, natura. Zaczynasz czuć tę moc. Patrzy na zalew i myślisz „woda, jak to woda”. Następnego dnia udziela ci się atmosfera pozostałych zawodników, krew zaczyna szybciej krążyć, skupiasz się, zaczynasz myśleć o celu. Start, płyniesz. I nagle bum. Niecały kilometr, a ty masz wrażenie, że już jest pod górkę. W końcu wychodzisz i biegniesz do strefy zmian. Ściągasz piankę, zapinasz kask i lecisz. Wiesz co przed tobą. Szosa stu zakrętów, czterdzieści pięć kilometrów jazdy w górę i w dół, i znowu w górę i w dół. Zaciskasz zęby, mijają minuty i jesteś z powrotem w strefie zmian. Wieszasz rower, ściągasz kask, zakładasz buty. W locie łapiesz jeszcze żel i już wybiegasz na trasę. Myślisz sobie „będzie dobrze, to tylko asfalt, znam to”. Nie, tego nie znasz. Pot ścieka ci po plecach, nogi chcą już odpocząć, ale nie odpuszczasz, ciśniesz dalej. I nagle wbiegasz na kładkę i widzisz to. Ostatni podbieg i meta. Myślisz sobie „nigdy więcej”, ale gdy już emocje opadną, patrzysz na medal i mówisz „wrócę tu”.