Terminacja
Kiedyś było tak. Siedziałeś na kanapie, nudząc się przerzucałeś kolejne kanały w tv. Podbiegnięcie do autobusu było wyczynem roku na miarę igrzysk olimpijskich, a gdy podnosiłeś paczkę prosiłeś o pomoc kolegę. Kolegę, który od czasu do czasu zaczął coś wspominać o jakimś triathlonie. Triathlonie? Co do licha? Na fejsbuku ciągle przewijało ci się to słowo wraz ze zdjęciami uśmiechniętych kumpli wbiegających na metę. Tych samych kumpli coraz rzadziej wyciągałeś na piątkowe piwo, bo trening, bo zawody. I wtedy stwierdziłeś, że dość tego. Ja nie zrobię? Jak oni ukończyli triathlon, to ja nie dam rady? I to był początek końca twojego dotychczasowego życia. A teraz jest tak. Stoisz w piance i cierpliwie czekasz na swoją kolej wejścia do wody. Po miesiącach treningów czujesz spokój. Dasz radę, to przecież niecałe 500 m. I już po kilku minutach wbiegasz do strefy zmian, gdzie porywasz rower i ruszasz na trasę. Kręcisz mocno przez ponad dwadzieścia kilometrów, bo podjazdy są srogie, ale zachowujesz siły na ostatni etap. Bieg zaczynasz z uśmiechem, bo wiesz, że to twój dzień. I te widoki gór, które są tuż na wyciągniecie ręki. Na końcu dociskasz i wyprzedzasz jeszcze kilka osób. Już jesteś na mecie, ściskasz medal w dłoni i debiut masz za sobą.